„Dom to lustro naszych potrzeb”.
Rozmowa o procesie, intuicji i kulisach projektowania z Gosią Wojdal

 

data dodania : 14/04/2026

zdjęcia: archiwum własne

 


Wchodzi do wysokich, chłodnych wnętrz kamienic i zamiast spękanych tynków widzi… człowieka.  Projekty Gosi Wojdal mają w sobie coś niezwykłego, potrafią „poczuć” domownika, zanim on sam zdąży zdjąć płaszcz w przedpokoju.

Zanim stary parkiet odzyska swój blask, a sztukaterie znów zaczną cieszyć oko, ona już wie, gdzie zaparzysz poranną kawę i w którym kącie będziesz szukać ciszy, patrząc na zielone podwórko. 

Jak projektuje się dla kogoś, kogo się nie zna? Skąd brać pewność, że przestrzeń będzie nas wspierać, a nie przebodźcowywać? Dziś pytamy Gosię o jej autorską receptę na dom, który daje prawo do oddechu.

 

Gosiu, często mówisz, że projektowanie zaczyna się od perspektywy. Jak to wyglądało przy „Ochota Och”? 

 

Gosia Wojdal: Projektowanie dla kogoś, kogo jeszcze nie ma w danym miejscu, to proces niemal intymny. Zamykam oczy i wyobrażam sobie tę osobę. Widzę, jak wraca po pracy, jak szuka miejsca na oddech, jak potrzebuje zrzucić z siebie ciężar całego dnia. Nie projektuję kadru z Instagrama. Projektuję moment, w którym ta osoba wypuszcza powietrze i czuje: „jestem u siebie”. Moim sposobem na działanie jest czułość, wobec przestrzeni i wobec człowieka, który w niej zamieszka. Wierzę, że dom powinien nas koić, a nie tylko „wyglądać”.

 

A co, jeśli to mieszkanie na starcie jest trudne, deweloperskie, „bez duszy”? Da się je „uratować” bez radykalnych kroków?

 

GW: Nie trzeba od razu burzyć ścian. Często wystarczy się zatrzymać i spojrzeć na swoje otoczenie z nowej perspektywy. Wnętrze można zmieniać powoli. Subtelnie. Po swojemu. Wierzę w rytm: łagodny, świadomy. Czasem postawienie na jeden szlachetny detal potrafi zmienić energię całego mieszkania bardziej niż generalny remont. Chodzi o to, by zrobić sobie miejsce na oddech.

Wiele kobiet pisze do Ciebie, że czują się przytłoczone nadmiarem przedmiotów, a jednocześnie wciąż czegoś im brakuje. Jak odróżnić chwilową modę od przedmiotu, który naprawdę nas „nakarmi”?

 

GW: To trudne zadanie w świecie, który krzyczy do nas z każdej strony, że potrzebujemy więcej. Ja zawsze zachęcam do tego, by dotykać, sprawdzać i pytać siebie: jak ja się przy tym czuję? Kiedy wybieram przedmioty do moich realizacji, szukam szlachetności, która nie mija wraz z sezonem. Często te brakujące ogniwa to właśnie jakość materiału, miękkość tkaniny czy stabilność drewna. Ja nazywam takie przedmioty „kotwicami”. To one trzymają nas w pionie, gdy świat wokół pędzi zbyt szybko. Wybierając je, nie kierujemy się modą, ale tym, jak nas koją. Przedmiot, który zostaje na lata, musi mieć w sobie pewną wyrozumiałość dla naszej codzienności. On ma prawo się starzeć, nabierać patyny, ale jego fundamentem musi być autentyczny komfort.

 

Czy to oznacza, że powinnyśmy bardziej ufać swojej intuicji niż katalogom? Często boimy się, że bez gotowego przepisu nasze wnętrze „nie zagra”.

 

GW: Katalogi pokazują nam pewną wizję, ale to nasza intuicja podpowiada nam, czy w danej przestrzeni będziemy potrafiły odpocząć. Często dostaję pytania o to, czy sofa może stać na środku pokoju, albo czy wypada mieszać różne odcienie drewna. Zawsze odpowiadam, że w Twoim domu jedyną osobą, której ma to „grać”, jesteś Ty. Największym błędem jest projektowanie pod czyjeś spojrzenie, zamiast pod własny oddech. Wnętrze, które powstaje z zaufania do siebie, zawsze ma w sobie tę magię, której nie da się skopiować z żadnego zdjęcia.

 

W odcinku o Ochocie widać, że sercem salonu stała się sofa. To właśnie jedna z tych „kotwic”, o których wspominasz w kontekście budowania wspierającej przestrzeni?

 

GW: Tak, sofa to towarzyszka codzienności. Chciałam, żeby była jak bezpieczna przystań. Bo przecież sofa to miejsce szczególne - bywa przytuleniem do policzka po trudnym dniu, miejscem, gdzie w samotności ocierasz łzy, ale też świadkiem głośnego, rodzinnego szczęścia czy wspólnych wieczorów przy meczu. Przy projektach „Ochota Och” oraz „White Dream” zaufałam Galerii Komfortu. Wybieram ich, bo oni rozumieją, że mebel ma być wsparciem dla naszego dobrostanu, a nie tylko wypełnieniem metrażu. Kiedy decydujemy się na taką jakość, zyskujemy spokój. Przestajemy szukać, bo czujemy, że fundament jest już solidny. To są te rzeczy, które wybiera się raz, a zostają na długie lata.

 

 

 

 

Mówisz o więzi z otoczeniem. W Twoim podejściu dom wydaje się niemal żywym organizmem, który na nas reaguje. Czy to jest ten moment, kiedy wnętrze „zaczyna żyć”?

 

GW: Wnętrze zaczyna żyć dokładnie wtedy, gdy przestajemy się w nim kontrolować. Kiedy pozwalamy sobie na bałagan na blacie, bo właśnie pieczemy ciasto, albo gdy sofa staje się centrum dowodzenia podczas leniwego niedzielnego popołudnia. Moim zadaniem jako projektantki jest stworzenie ramy, która na to pozwoli. Szukam rozwiązań, które nie będą nas ograniczać. Kiedy widzę, jak domownicy zaczynają naturalnie zasiedlać te wymyślone przeze mnie kąty, czuję, że moja praca ma sens. To nie są tylko kadry - to życie, które wreszcie znalazło swój rytm.

 

--

 

Chcesz poczuć klimat Ochota Och?

W "Podróży do wnętrza" wyjaśniamy jak Gosia stworzyła przestrzeń, która daje oddech.  Obejrzyj odcinek ->